Strajk rezydentów - moja historia

Nie pochodzę z rodziny lekarskiej, moi rodzice to inżynierowie ja natomiast od dziecka chciałem być lekarzem i zrobiłem wszystko w swoim życiu żeby tak było. Na etapie liceum chciałem być ortopedą. Wyjaśnię dlaczego. Od zawsze byłem zafascynowany mechaniką i elektroniką a moi rodzice pracowali na politechnice gdzie na warsztatach produkowano implanty do kręgosłupa, była to zegarmistrzowska praca i wyglądały one pięknie w związku z tym w sposób naturalny zainteresowałem się ortopedią. W trzeciej klasie liceum spiąłem się w sobie, obłożyłem biurko stosem książek i wziąłem się do nauki. Szczęśliwie dostałem się na studia, gdzie ilość wiedzy, którą musiałem przyswoić wzniosła się na jeszcze wyższy poziom popatrzcie na załączone zdjęcie znajduje się tam obowiązująca mnie do nauki na studiach Anatomia prof. Bochenka, każdy jeden tom to encyklopedia, sama nauka pamięciowa a czasami na następne zajęcia, które odbywały sie 2-3 razy w tygodniu trzeba było przyswoić wiedzę z kilkuset stron tej pozycji, mówimy tu tylko o jednym przedmiocie a gdzie reszta.

Po pierwszym roku studiów miałem ogromne szczęście poznać jednego z moich wspaniałych nauczycieli, dzięki niemu mogłem przez następne lata w wakacje odbywać wielotygodniowe staże na oddziale ginekologiczno- położniczym w szpitalu w Helmstedt w Niemczech gdzie doktor wtedy był zastępcą ordynatora. Dzięki temu jako już student na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku znałem się na laparoskopii, histeroskopii, nowoczesnej ultrasonografii w tym technologii 3D, czy badaniach Dopplerowskich. W tym czasie w Polsce były dosłownie pojedyncze ośrodki gdzie wykonywane tego typu rzeczy. Biorąc pod uwagę ilość zdobytej w danej dziedzinie wiedzy oraz to, że bardzo spodobała mi się praca z kobietami naturalnym wyborem było zrobienie w przyszłości specjalizacji z ginekologii i położnictwa. W między czasie aby było mnie stać na korzystanie zachodniej literatury, która zawsze była bardzo droga podjąłem prace w firmie handlującej sprzętem medycznym w tym głównie ultrasonografami, dało mi to też możliwości dalszego szkolenia się i rozwoju. Po studiach musiałem wybrać miejsce mojej dalszej pracy. Mieszkam od zawsze w Zielonej Górze ale kierując się dobrymi opiniami o szpitalu staż podyplomowy rozpocząłem w szpitalu w Nowej Soli.

Wiele osób na forach internetowych pisze, że stażysta a potem jako rezydent nie może dużo zarabiać bo przecież dopiero się uczy - tak ale pamietajmy że wykonuje on konkretną prace i to odpowiedzialną (i tak ktoś musi ją wykonać) w tamtym czasie normalnie się dyżurowało na oddziale na którym się aktualnie odbywało się staż, jeździło się w pogotowiu, przyjmowało setki pacjentów w poradniach, robiło stosy wypisów. Trzeba było podejmować odpowiedzialne decyzje kierując się własną wiedzą a czasami jeśli to było możliwe posiłkując się wiedzą starszych kolegów i koleżanek nie tylko lekarzy ale także pielęgniarek i położnych Tu uwaga miałem pierwsze bolesne zderzenie z rzeczywistością. Moja pierwsza pensja wynosiła 300 zł, przy średniej krajowej wynoszącej w tamtym czasie 800 zł (specjalnie sprawdziłem to na stronie GUS pisząc ten tekst) z tego musiałem ponieść koszty związane z dojazdem do Nowej Soli a także książek i szkoleń. Co z normalnym życiem? W związku z tym dalej dorabiałem pracując w firmie sprzedającej sprzęt medyczny. Na stażu po raz pierwszy miałem „zderzenie z betonem”. Wcześniej kontakt z pacjentem miałem w warunkach Niemieckich gdzie nauczono mnie że do pacjenta należy podchodzić z kulturą i empatią i tak starałem się postępować w mojej pracy. Pewnego dnia mój kolega lekarz (dobry specjalista z dużą wiedzą) powiedział, że pracując w szpitalu nie mogę być za miły dla pacjenta ponieważ wtedy nikt nie przyjdzie do mnie do prywatnego gabinetu - bez komentarza. Staż po roku się skończył. No ale co dalej? Mimo, że w trakcie czasu spędzonego w trakcie stażu na oddziale ginekologi pokazałem się z dobrej strony i drugi z moich wspaniałych nauczycieli ówczesny ordynator chciał abym został przyjęty do pracy na ginekologii to dyrekcja stwierdziła, że nie potrzebny jej kolejny ginekolog. W Zielonej Gorze w ogóle nie mogłem marzyć o pracy na ginekologi podjąłem więc szaloną decyzję.

Rozpocząłem specjalizację z ginekologii i położnictwa w szpitalu klinicznym w Poznaniu w ramach wolontariatu (czyli za darmo) ale a co żyć. Znowu uratowała mnie praca w firmie medycznej. Tyle tylko, że mieściła się w Zielonej Górze gdzie też mieszkałem. Jak godziłem jedno z drugim? Wstawałem codziennie o 4 rano, żeby o 5 wsiąść na ekspres do Poznania gdzie o 8 zaczynałem pracę na klinice, kończyłem ją o 13 wsiadałem z powrotem w ekspres a po południu zaczynałem prace w firmie medycznej. Tak byłem w stanie funkcjonować przez rok po tym okresie cały mój organizm a głównie mózg powiedział stop! Nie byłem w stanie dalej tak funkcjonować. Zrezygnowałem z wolontariatu w Poznaniu. Po miesiącu od tego momentu dowiedziałem się że mógłbym spróbować pracy na kolejnym wolontariacie na ortopedii w Zielonej Górze ( zrezygnowany stwierdziłem że wrócę do mojego pierwszego pomysłu na specjalizację) z szansą w przyszłości na część etatu i otwarcie specjalizacji. Pracowało mi się na oddziale super nawet zdobyłem jakieś pochwały od przełożonych po półtora miesiąca jednak spotkałem się po raz drugi z „betonową ścianą” Któregoś razu ze starszym kolegą zszedłem do poradni i tam gdy byliśmy tylko we dwójkę usłyszałem, że nie mam co liczyć na robienie tutaj specjalizacji ponieważ w przyszłym roku jego syn kończy studia. Było to dla mnie podwójnie przykre ponieważ osobę od której to usłyszałem bardzo szanowałem za to jakim był lekarzem a poza tym osobiście znałem jego syna. Całe szczęście zmieniła się dyrekcja oraz sytuacja na oddziale ginekologii w Nowej Soli i mogę podjąć pracę pół etatu w szpitalu i pół etatu w poradni ogólnej (odpowiednik w tamtych czasach poradni lekarza rodzinnego). Byłem bardzo szczęśliwy chociaż rzeczywistość wyglądała tak, że mimo pracy na pół etatu na oddziale pracowałem w czasie prawie pełnego a potem szedłem do poradni gdzie przyjmowałem kilkudziesięciu pacjentów a potem jechałem często własnym samochodem tankując własne paliwo na wizyty domowe - ciagle dostając za to około 300 zł miesięcznie, dalej więc dorabiałem w firmie. W pewnym momencie doszły do tego dyżury (czyli dodatkowy czas - około 7 dób w miesiącu urwany z mojego życia i mojej rodziny) i zrobiło się wtedy 800 zł (średnia krajowa już wynosiła ponad 900 zł). Tak doszedłem do wakacji roku 1999 był to pierwszy rok po reformie ochrony zdrowia i wprowadzeniu kas chorych. Nasz szef wyjechał na wakacje (telefonów komórkowych praktycznie wtedy nie było) a w tym czasie moi koledzy z oddziału mający specjalizację z dnia na dzień odeszli z pracy. Do pracy zostało praktycznie tylko dwóch lekarzy - zastępca ordynatora i ja. Konsekwencja tego było to że przez 21 dni bez ostrzeżenia siedzieliśmy bez przerwy w szpitalu, wykonując w tym czasie normalną pracę: odbieranie porodów, cięcia cesarskie, operacje, konsultacje, prowadzenie dokumentacji lekarskiej w tych dniach gdyby nie heroiczna pomoc położnych i sekretarek my padlibyśmy na twarz a oddział przestałby funkcjonować i można byłoby go zamknąć. Konsekwencją ego był u mnie rozwód a u kolegi skończyło się to udarem w nieodległym okresie czasu. Za ten nasz „ heroizm” teraz bym go kreślił jako głupota nawet nie dostaliśmy złotówki premii - zostawię bez komentarza bo cisną się na usta tylko niecenzuralne słowa.

Po wakacjach za to nastąpiła niespodzianka z umowy o pracę przeszliśmy na kontrakt i nagle wraz z około 10 dyżurami w miesiącu zacząłem zarabiać około 3000 zł, jest tylko parę ale. Po pierwsze wytłumaczę co znaczy praca na kontrakcie dla tych co nie wiedzą. Te 3000 to tak naprawdę pieniądze, które szpital musiałby wydać na moją pensje, ZUS, podatki i inne koszty związane z zatrudnieniem, dostałem je po prostu do ręki, od tego w tamtym czasie musiałem zapłacić około 400 zł ZUS oraz podatek na rękę zostawało około 2000 zł wydaje się to dużo w stosunku do 800 zł na etacie, za to pozbawiłam się praw pracowniczych, nie obowiązywały mnie normy czasu pracy. W praktyce wyglądało to tak, że np przychodziłem jednego dnia do pracy później zostawałem na dyżurze a potem znowu zostawałem w pracy - razem około 30 godzin pracy. Ktoś powie, że na dyżurze można się wyspać, czasami tak ale tylko na chwilę. Przez 25 lat mojej pracy pamiętam może dwie noce, które przespałem w całości z drugiej strony pamietam np dyżur gdzie zrobiliśmy 11 (słownie jedynaście) cięć cesarskich.

Tak doszedłem do 2005 roku gdzie w wieku 34 lat zdałem egzamin specjalizacyjny przed nim jednak stworzyłem sam od podstaw (w międzyczasie ucząc się do egzaminu specjalizacyjnego) jedną z pierwszych pracowni badań prenatalnych w Polsce. Dzięki temu pacjentki miały możliwość wykonania darmowych badań a szpital dostał naprawdę duży zastrzyk gotówki ja za to zarabiałem około 100 zł miesięcznie (słownie sto) dodatkowo.



W tym momencie stwierdziłem, że trzeba wziąć sprawy w swoje ręce i coś w życiu zmienić ale to jest temat na oddzielną opowieść



Na koniec kilka uwag o kosztach szkolenia i warunkach pracy za granicą. W Polsce jeśli lekarz chce jechać na szkolenie to musi sam za nie zapłacić - ceny szkoleń to obecnie około 2000 zł samego wpisowego do tego koszty noclegu i dojazdu. Za granica koszty te ponosi pracodawca bo to jemu w końcu też powinno zależeć na podnoszeniu kwalifikacji personelu np w Niemczech lekarz pracujący w szpitalu wybiera 3-5 szkoleń w zależności od długości ich trwania, których koszt włącznie z delegacją ponosi pracodawca. W naszym kraju często bywa dostanie wolnego aby wyjechać na szkolenie. Koszty książek medycznych idą w tej chwili w setki złotych a zagranicznych w setki dolarów przy czym po około 3 latach w związku z szybko postępującą wiedzą medyczną nadają się często tylko do odstawienia na półkę.

Co do warunków pracy, jak pracowałem w Niemczech to rano przychodziło się do swojej dyżurki z której korzystało najczęściej 2 lekarzy (umożliwia to swobodne i bezpieczne przyniesienie swoich osobistych rzeczy jak np cennych książek, utrzymanie porządku, dodatkowo często dyżurka ma własny prysznic) i znajdowało się na kanapie świeżo wyprany, wykrochmalony mundurek lekarski do którego przypinało się guziki następnie szło się do pracy po jej skończeniu odpisało się guziki i zostawiało się mundurek do prania a na stołówce zawsze czekał ciepły posiłek nawet jeśli zostało się dłużej w pracy np przy operacji a stołówka już była zamknięta to i tak czekał tam w podgrzewaczu ciepły obiad opisany imieniem i nazwiskiem lekarza. Lekarz jest też w znaczny sposób odciążony od pracy papierkowej i statystyczne przez sekretarki medyczne.

W naszych realiach jest tak beznadziejnie pod tym względem, że nawet szkoda słów.



I to by było na razie na tyle.



Spytacie mnie dlaczego nie wyjechałem za granicę. Odpowiedz jest prosta bo ciągle myślałem, że się coś zmieni a obecnie zaangażowałem się w wiele projektów na miejscu a przede wszystkim nie zostawiłbym swoich pacjentek z ich problemami, szczególnie tych, z którymi jestem od wielu lat.



Dziękuje w tym miejscu moim rodzicom, którzy wychowali mnie tak, że miałem w trudnych czasach samozaparcie aby iść dalej, ciągły pęd do wiedzy oraz za to, że miałem gdzie mieszkać a czasami nawet co włożyć do garnka.



Specjalne podziękowania moim nauczycielom z tego okresu: Michaelowi Herbichowi oraz Michałowi Kofli bo bez nich nie osiągnąłbym tego do czego doszedłem obecnie.



W strajku rezydentów nie chodzi o pieniądze ale o godziwe warunki pracy aby nie przemęczony, nowocześnie wykształcony lekarz pracujący na nowoczesnym sprzęcie z empatią mógł podchodzić do pacjenta, co niestety wiąże się z finansami.